7/27/2017

Chapter Five






 Sakura przebudziła się w ciemnościach. Gardło miała suche, ciało zmarznięte, a mięśnie obolałe.
Przez pewien czas leżała nieruchomo. Była tutaj, na podłodze, taka nieważna, mało znacząca — jak kłoda, kawałek drewna, poniewierający się pod nogami. Przeszkoda, którą wystarczyło przekroczyć. Była po prostu czymś, co trzeba ominąć; czymś, o czym prędko się zapomina, a czasami nawet nie bierze pod uwagę; nie w obliczu tego, jak wybiórczo działają ludzie.
Tak niewiele dla niego znaczyła. Niewiele. A może nic? Może nie liczyła się wcale.
Choć ból był uciążliwy, a chłód coraz cięższy do zniesienia, Sakura nadal się nie ruszała. Płakała, rzecz jasna, ale inaczej, dziwniej. Płakała niemo. Bezgłośnie. Zagapiona w sufit, odprawiała w swoim środku szybki pogrzeb.
Sasuke odszedł. Jej Sasuke odszedł. Co gorsze, najprawdopodobniej zrobił to już dużo szybciej, po cichu, daleko stąd.
Istniał już tylko człowiek z tą samą twarzą.
Sakura zacisnęła szczękę, aby nie wydać z siebie żadnego jęku. Ta potworna myśl przerażała ją aż do kości. Myśl o konieczności obcowania z nim przez najbliższe dni; wizja, która jednakowo odpychała i wabiła. Ponieważ to nadal będzie on. On i jego czarne, niepokojące oczy, jego głos — oschły i wyniosły, jego włosy, które będzie odrzucał ruchem głowy. To straszne, pomyślała. To straszne, gdy ludzie umierają tylko dla nas. Bo dla świata pozostają żywi, a świat jest najważniejszy i ani trochę nie obchodzi go, jak bardzo “martwo” ich traktujemy.
Bedą żyć. Będą przypominać. Będę rozdrapywać nasze rany. Ledwie się jakaś zasklepi, a wtedy on nagle się pojawi.
Człowiek z twarzą Sasuke.
Dalej popłakując, doczłapała wreszcie do kanapy, zaniepokojona uczuciem gorąca na twarzy. Otuliła się zwiniętym obok oparcia kocem, położyła, skurczyła, nadal rozpaczała, ale cicho, bardzo cicho, byle nie wyrwać go ze snu. Pewnego dnia ze wszystkim się upora. Zaleczy każdą ranę, tak bardzo, że żaden nie zdoła jej drasnąć, a co dopiero ponownie otworzyć. Nikomu się nie uda. Ani światu, ani temu mężczyźnie, który przywłaszczył sobie czyjąś twarz.

Potem obudziła ją ręką na czole. Domyśliła się do kogo należy i zdecydowała się nie uchylać powiek. Nagle zazgrzytały sprężyny pod obiciem kanapy. Sasuke wstał, więc przedtem musiał przysiąść na skraju. Sprawdzał jej temperaturę. Sasuke. To niewątpliwie był Sasuke. Czuła woń sosen i świeżo wzruszonej, leśnej ziemi. To, co czuła zawsze, ilekroć był w pobliżu. To, czym od niedawna nasiąknęło całe mieszkanie.  
Odczekała chwilę, nasłuchując jak Uchiha krząta się po pokoju: kroki, westchnięcie, kroki, pisk, odsuwany taboret, plask, kolejne westchnięcie. W końcu uległa pokusie. Spojrzała i rozpoczęła grę spojrzeń.
Przyglądali się sobie z dwóch krańców pokoju. On, siedząc przy stole, blisko aneksu, opierał policzek na knykciach zwiniętej dłoni. Miał aktywowany sharingan, rozchełstaną koszulę i twarz, którą Sakura dobrze znała — niesympatyczną, oschłą, wręcz nieludzką, taką denerwująco przystojną, świeżą, bez oznak senności i śladów porannego letargu; czegokolwiek, z czym trzeba użerać się każdego ranka. Nawet jego włosy wydawały się nienagannie uczesane.
Ona zaś była… nijaka. Ludzka. Do cna ludzka: nędzna i słaba, obdarta z godności. A już z pewnością nieatrakcyjna. Z wypiekami na policzkach, opuchniętymi od płaczu oczami i różowymi kłakami, którym bez wątpienia przydałby się grzebień.  
Wstała, chwiejnym krokiem zawędrowała do aneksu. Odkręciła kurki i ochlapała twarz lodowatą wodą, ignorując obserwującego ją Sasuke. Rozkaszlała się. Raz, drugi, trzeci. Z zimna zaczęła szczękać zębami. Odwróciwszy się, przebiegła wzrokiem po salonie. Zgasiła kinkiet, który świecił bezużytecznie od wczoraj, po czym spojrzała na porcję zwietrzałego ryżu, ale po tym wszystkim nie miała apetytu.
Za to miała ochotę na prysznic. Ciepły, orzeźwiający prysznic.
Odeszła bez słowa i spojrzenia, po czym szperając w torbach przyniesionych przez Naruto, skompletowała ubrania  i skierowała się w stronę łazienki.
Póki nie spuściła wody z natrysku, w mieszkaniu panowała martwa cisza. Jej umysł uruchomił trybiki, formował plan. Odwzorowała w głowie fragment mapy, obejmujący terytoria, którymi będą się poruszać. Oprócz Konohagakure, w Kraju Ognia mieściło się parę mniejszych osad. Zakładała, że w ciągu tygodnia z pewnością zatrzymają się przynajmniej w jednej, żeby uzupełnić zapasy i odpocząć bez konieczności całonocnej warty. Było ich troje — ona, Sasuke oraz Erien. Erien był cudzoziemcem i osobą, która zapoczątkowała całe to fiasko, stąd jasno wynikało, że nie mogła mu ufać. A Sasuke… Sasuke budził w niej uczucie obcości. Powinna potraktować ich równo: równie niebezpiecznie. Sakurę zaniepokoiła ta myśl, ale nie mogła jej podważać. Musiała być podwójnie czujna, a przede wszystkim ostrożna — czakra nie przyjdzie jej z pomocą w razie zagrożenia. Będzie zdana na spryt, zwinność i siłę wytrenowanych mięśni.
Uświadamiając sobie te rzeczy, poczuła ukłucia lęku, ale zachowała zimną krew i z nieporuszoną twarzą otworzyła drzwi łazienki. Była już przebrana w czarny golf, zapinaną czerwoną kamizelkę, legginsy oraz spódnicę z wysoką talią i rozcięciami po bokach. Wyszła lekko pochylona, przymocowując wokół uda pas z kaburą. W drugiej ręce trzymała grzebień. Miała plan.
Sasuke oczekiwał jej przy drzwiach wyjściowych, w sieni. Patrzył jak rozczesuje włosy. Jego jedynym wyposażeniem na wyprawę była niewielkich rozmiarów torba na pasku oraz pozwijany namiot ze śpiworem. Sakura wypchała spakowany wcześniej plecak ofoliowanymi kanapkami z wieprzowiną i potrzebnym sprzętem, potem uzupełniła manierkę.
Manierka była bardzo ważna.
Okryli się ciemnymi pelerynami, wyszli. Maszerowali zakapturzeni, omijając ruchliwe uliczki, gdzie od bladego świtu rozstawiono targowiska. Pogoda była mierna — niby spomiędzy chmur przebijały się promienie słoneczne, ale wciąż towarzyszył temu szczypiący mróz. Sakura — jak zwykle — nie miała o niczym pojęcia. Nie znała lokalizacji miejsca na zbiórkę, a Sasuke obrał drogę, która jednoznacznie wykluczyła odwiedziny w pokoju medycznym. Nie wiedziała także, kto eskortuje Erienia ani kogo zastaną na miejscu. Ale Sakurze — co niezwykłe — było wszystko jedno.
Dreptała krok w krok za Sasuke, chłonąc widoki alejek. Kamienice, motele, budynki z płaskim dachem, witryny nieczynnych jeszcze sklepów, koszowe markizy. Zafrasowana powrotem Uchihy i jego oziębłością, nawet nie zastanowiła się na jak długo pożegna Konohagakure ani kiedy ujrzy rodziców. Kraj Księżyca był w końcu odległą wyspą, niezaangażowaną w sprawy polityczne pięciu głównych nacji, zatem i nieobliczalną, niebezpieczną. Miej się na baczności, Sakura, pomyślała. Nikomu nie ufaj. Spojrzała na plecy Uchihy.
Nawet jemu.
— Sakura — powiedział wtedy, nie zatrzymując się. Do tej pory oboje wytrwale milczeli, krzątając się wokół siebie — zwrócił się do niej pierwszy raz od minionej nocy.
Nie zrównała z nim kroku, czekała, szła tyłem, bardzo ostrożnie, wsłuchana w ciszę, którą wkrótce rozerwał matowy głos:
— Pamiętaj o zastrzyku. Pamiętaj, że nie możesz liczyć na czakrę.
Nie odpowiedziała.
— Trzymaj się blisko. Odczytuj znaki.
Gdy znów nic nie rzekła, Sasuke obejrzał się za siebie — krótko, przelotnie. Sakura opuściła głowę, broniąc się przed kontaktem wzrokowym. W mieszkaniu ograniczyła go do minimum, raz na jakiś czas łamiąc regułę, ale wynikało to głównie z ciekawości. Teraz nosiła w sobie gniew. Świeży i wyrazisty. Zżerał ją od środka. Choć do niedawna każdym jej spolegliwym zachowaniem wobec Uchihy dyrygowała zwykła, ludzka tęsknota, teraz… czuła się zupełnie inaczej. Dziwnie. Potrzebowała czasu, aby to w sobie uporządkować.
Niespodziewanie cudza ręka wylądowała na jej czole. Sakurą wstrząsnął dreszcz. Odtrąciła dłoń Sasuke i wycofała o krok.
— Nie wolno mnie dotykać — przypomniała mu z niepokojem.
Ja mogę — powiedział.
Zamilkła. Jego bezczelna wprost szczerość, a zarazem małomówność, zaczęła ją nie tyle irytować, co po prostu męczyć. Miała ochotę jeszcze raz zapytać, czym jest jej sekretna umiejętność, ów schemat, który stał się gorącym tematem dyskusji z Naruto. Otworzyła nawet usta, żeby poruszyć wątek, ale prędko zrezygnowała. Nic nie wskóra, póki nie było w tym korzyści dla Uchihy.
Sasuke sięgnął do torby. Wyjął stamtąd blister, którego na pierwszy rzut oka nie potrafiła zidentyfikować. Cienki arkusik zawierał sześć pastylek, z czego dwa miejsca zdążono już opróżnić.
— Ręka — rzekł krótko.
Sakura podniosła na niego wzrok.
— Co to?
— Po prostu to weź.
— Nie znam ich składu ani pochodzenia — upierała się.
— Wystarczy, że ja znam.
Tego było za wiele. I za mało równocześnie.
Za wiele arogancji. Za mało słów.
Wznowiła marsz, odgadując, że punkt spotkania stanowiły bramy Konohagakure. Zakręt na szpital i rezydencję Hokage minęli już jakiś czas temu, więc Sakura obstawiła najbardziej logiczną opcję. Sasuke dotrzymywał jej kroku. Nie skomentował tego zachowania, a i ona nie zdążyła dostrzec żadnej ekspresji na jego twarzy, bo zbyt szybko zerwała się do dalszej wędrówki. Długi czas zaciskała obie pięści, dziwiąc się samej sobie, że chwilę temu owładnęła nią czysta i szczera chęć na zadanie uderzenia. Było to dokładnie to samo uczucie, którego doznawała, gdy dawniej Naruto szarpał jej nerwy głupawymi wywodami.
Zerknęła ukradkiem na Uchihę, lekko odciągając kaptur. Odwzajemnił spojrzenie. Sakura spłoszyła się i znów zaczęła spoglądać przed siebie.
Na horyzoncie właśnie wyłaniał się mur i osadzone w nim zielone wrota. Chcąc ukrócić tortury, jakimi niewątpliwie stało się dla niej towarzystwo Sasuke, narzuciła obojgu szybsze tempo. Zaczęła dostrzegać postacie zgromadze przy bramie, nie spodziewała się jednak tak licznego komitetu. Łącznie było ich pięcioro: Naruto, Shikamaru i Kiba skrzyknęli się przy lewych wrotach, tworząc niepisany podział między nimi — miejscowymi; społecznością Konohagakure — a cudzoziemcem, oddalonym o parę metrów, w towarzystwie wyrosłego, barczystego mężczyzny, którego Sakura nigdy dotąd nie widziała. Przyspieszyła. Jeszcze raz. Jeszcze bardziej.
Jako pierwszy zauważył ich Kiba. Oderwał się od oparcia, za które służył mu mur i uśmiechnął pogardliwie, krzyżując ramiona.
— Patrzcie tylko, kto raczył się pokazać — powiedział. Miał na sobie mundur shinobi. Jego oczy były podkrążone, twarz blada. Sakura wiedziała, że nikt nie zażądał od niego eskorty o świcie — Inuzuka stawił się tu dobrowolnie, mimo iż nigdy nie uważała go za rannego ptaszka. Najwyraźniej i ona, i Sasuke byli na tyle godnym obejrzenia widowiskiem, żeby zdołać wywlec go z łóżka. — Nasza wdzięczna para — dodał z przekąsem, gdy zatrzymali się już przed zbiorowiskiem.
Sakura zerknęła na stojącego nieopodal Eriena. Zgodnie z przypuszczeniami, była obserwowana.
— Sakura. — Kiba sprowadził jej spojrzenie z powrotem na niego. Patrzył na Haruno równie natarczywie co złotooki cudzoziemiec. Nagle nachylił się ku Shikamaru, szepcząc: — No spójrz na nich. Spójrz, proszę ja ciebie. Jak dwie krople wody, Shikamaru. Jak dwie, cholerne, krople wody.
— O czym ty pieprzysz?
— O ich twarzach. O twarzy Sakury, na przykład. Nie widzisz tego? Ech, człowieku. Za dużo z Uchihą się nasiedziała. Już ją zaraził swoją chorą mentalnością. Ludzie! Gdzie wasze emocje? — zapytał z udawanym niesmakiem.
Naruto westchnął, opuścił ramiona. Był równie niewyspany, co reszta. Jedynie Erien i potężny mężczyzna za jego plecami wyglądali na pełnych werwy.
Sakura pozdrowiła Uzumakiego lekkim skinieniem, ale nie odwzajemniła uśmiechu, którym ją obdarzył. Gdzie wasze emocje? Emocje, zastanowiła się. Było ich mnóstwo, notabene sprzecznych. Wyrazem twarzy i tak nie zdołałaby ich uwidocznić.
— Gotowa? — zapytał łagodny głos. Naruto.
— Tak — skłamała.
Przyjaciele zbliżył się. Sasuke też. Wyrównał się z nią i otarł ramieniem. Stali obok siebie; dwie zakapturzone postacie w pelerynach. Bez emocji. Naruto przystanął metr przed Sakurą. Wyglądał na zmartwionego.
— Dobrze się czujesz?
Zdziwiła się, że tym razem przemilczał zachowanie Uchihy.
— T-tak.
— Jesteś cała czerwona. I… nie obraź się, Sakura-chan, ale… Nie wyglądasz najlepiej, wiesz.
— Odpuść jej, Naruto — jęknął Kiba. — Wiesz z kim mieszkała. Myślicie, że miała czas na sen? — rechocząc, szturchnął Shikamaru łokciem między żebra. — Hej Sakura! Ostatnio jakaś taka roznamiętniona byłaś! Nie jestem pewien czy pamiętasz. Udało ci się w końcu namówić Sasuke na pocałunek? — I znów. Fala śmiechu. Nieprzyjemna, gardłowa. — Tak tylko pytam. Ciekaw jestem.
W Sakurze się zagotowało. Upewniwszy się, że ma rękawiczki, skoncentrowała się na Kibie i wymierzyła cios w splot trzewny. Mężczyzna zatoczył się i zgiął w pół, obejmując rękami brzuch. Sakura oglądała niewzruszenie jak z wybałuszonymi oczami próbuje przywrócić utracony oddech. Dopilnowała, by uderzenie nie wyrządziło szkody narządom wewnętrznym, a jedynie poraziło przeponę.
Wszyscy milczeli.
Shikamaru przestał pstrykać na zapalniczce. Sasuke po prostu na nią patrzył — czuła to, choć nie sprawdzała. Całe szczęście, nie pokrzyżował jej zamiarów. Może dostrzegł, że dbała, by się nie narazić, zwracając uwagę na rękawiczki.
Zadął wiatr. Sakura pociągnęła nosem i kaszlnęła. Poczuła jak z jej głowy znika ciężar materiału.
— O w mordę!
Spojrzenia zebranych zwróciły się w kierunku prawych wrót, tam gdzie oczekiwali ich cudzoziemcy. Głos należał do towarzysza Eriena — nieludzko wysokiego mężczyzny z widocznym zarostem, szerokim nosem i zaczesanymi gładko włosami w kolorze mysiego blondu. Miał na sobie potarganą, siwą kurtkę i czarną apaszkę, owiniętą wokół szyi. Wyglądał na trzydzieści parę lat. Sakura spostrzegła klingę szabli, którą miał schowaną w pokrowcu i wetkniętą za pas. Na plecach dźwigał potężny, wojskowy plecak, ale przy jego wzroście i masie ciężar zapewne nie robił na nim wrażenia.
Odważnie podeszła bliżej. Tym razem Sasuke ruszył jej śladem i ustawił z tyłu, niemal kopiując sposób, w jaki mężczyzna-gigant stał za Erieniem.
— S-sakura — wydukał Erien, czerwieniejąc.
— Kim jesteś? — zapytała giganta. Gigant wyglądał bowiem na mocno zaskoczonego. Wlepiał w nią rozwarte, szare oczy, jego dolna warga drżała. — I czemu tak na mnie…
Gigant padł na kolana.
— ...patrzysz — dokończyła skołowana.
— O w mordę kopany! — Przyjął pozycję na czworaka, potem się ukłonił. — Erien, berbeciu! — ryknął do ziemi. — Czemuś nic nie powiedział?!
— Co tu się… — Do zbiegowiska dołączył Naruto. Shikamaru i Kiba doczłapali chwilę później. Inuzuka trzymał się jeszcze za brzuch, mamrocząc pod nosem wyzwiska skierowane pod adresem Haruno.
Gigant podniósł głowę.
— Jestem Ryota, moja pani! Och, gdybym wiedział! — Zacisnął szczękę. — Gdybym tylko wiedział!
Kiba wydał z siebie jakieś bliżej niezidentyfikowanie charknięcie.
— Ja zaś… Gdybym tylko nie cierpiał, gdyby tylko nie bolał mnie brzuch — stękał — wiedzcie, że bym teraz bardzo głośno krzyczał. Ale jako, że nie mogę, powiem to spokojnie. A zatem: co tu się, do kurwy, wyprawia?
— Przyznaję, to samo przemknęło mi przez myśl — powiedział Shikamaru, zaciągając się papierosem.
— Dziękuję ci pięknie! — ucieszył się Inuzuka, lecz od razu pożałował żywszej reakcji. Pomasował brzuch i odkaszlnął. — Kurde, Sakura, jak ja cię...
— Dlaczego mi się kłaniacie? — weszła mu w słowo, wodząc oczami od jednego cudzoziemca do drugiego. — Wstań — dodała jeszcze. Gigant usłuchał. Wrócił na poprzednie stanowisko, tuż za Erieniem. — Jesteś z Kraju Księżyca?
— Jestem, pani.
— Skąd się tu wziąłeś? Przedtem nie było cię w poko…
— Nie czas na wywiady — powiedział cierpko Sasuke. — Powinniśmy iść. — Spojrzał na roztaczające się na północ objęcia lasów.
— W takim razie — nie zraziła się — skąd te ukłony?
— Sakura.
Popatrzyli na siebie. On groźnie i ostrzegawczo, ona bez wyrazu, dobrze radząc sobie z maskowaniem emocji, jakie nosiła w środku od jego powrotu.
Siedemset trzydzieści cztery dni czekania.
Siedemset trzydzieści cztery dni wyjęte z życia. Dwa lata, z którymi nie zrobiła kompletnie nic, zaślepiona balastem obowiązku. Obowiązku czekania. On jej go narzucił. Powiedział: dziękuję. Spotkamy się niedługo.
Pewnego dnia wrócę i cię pokocham.
Zaczekaj.
— Sasuke, zaczekaj. — Naruto spojrzał mu prosto w oczy. — Te ukłony. Ja… Myślę, że to ważne.
Sasuke nie uznał za celowe zaprzeczać.
— Idziemy — zawyrokował i odwrócił się na pięcie. — Będziemy w kontakcie, Naruto.
Naruto wymienił z Sakurą spojrzenia. Jego pierwotnym zamiarem nie było dociekanie prawdy. Uzumaki tylko go sprawdzał.
Wie, przekazali sobie. Tyle zawsze wystarczało.
Sasuke nadgryzł opuszek kciuka i przy użyciu czakry przywołał jastrzębia, który wszczepił szpony w jego bark. Sakura odwróciła wzrok, ujrzawszy jak Uchiha przymocowuje zawiniętą wiadomość do kończyn zwierzęcia. Odpędziła uczucie zazdrości.
Jastrząb rozpostarł skrzydła, po czym z gracją wzbił się do lotu. Sakura obserwowała go, póki nie stał się odległym punktem i zupełnie nie zniknął.
— Jesteś pewien, że można im zaufać? — zapytał Naruto, przerywając milczenie.
— Jestem — odrzekł Sasuke.
Sakura popatrzyła na Naruto.
— Sasuke stwierdził, że rozsądniej będzie wezwać jego ludzi — wyjaśnij jej. — Eskortują cię z powrotem do Konohagakure, gdy sprawa z twoją czakrą będzie już zakończona.
— Sasuke-kun zostaje?
— Zostaje. Musi dokończyć powierzone mu zadanie.
Sakura przyjrzała się intruzom z Kraju Księżyca. Nie przejęli się dialogiem, który wywiązał się chwilę temu, więc najwyraźniej zostali uprzedzeni o tym, że Uchiha wezwie posiłki. Prawdopodobnie była to część zawartego układu — nie mogła zapominać, że wszystko obracało się wokół szantażu.
Przyjdzie na to czas, uspokajała się.
Miała plan.
— Sakura-chan, zabrałaś wszystko, co trzeba?
— Zwykle to ja cię o to pytałam — zauważyła.
Na twarzy Naruto pojawił się słaby uśmiech.
— Ostatnio wiele się wydarzyło. Wolę się upewnić. Pieniądze, jedzenie, broń...
— Mam wszystko — przerwała mu i naciągnęła szelki plecaka. — Nie martw się, proszę. Będę pisać. Do ciebie i do rodziców. Uspokój ich w razie, gdyby zaczęli się niepokoić, dobrze? To potrwa góra miesiąc.
— A ty bądź ostrożna. Wiem, że podróże i misje to nie to, co kiedyś, za czasów wojen, ale mimo to… Uważaj, Sakura-chan i nie odstępuj Sasuke na krok. Sasuke będzie cię chronił. Traktuj go jak własną czakrę, na której zawsze możesz polegać. Nie rób głupot, zachowuj się rozsądnie, chowaj dumę do kieszeni, kiedy trzeba. Zrób tak, Sakura-chan. Dla swojego dobra. Wiem, że będzie ci ciężko bez byakugō i twoich super-pięści, ale poradzisz sobie. Jak zawsze. Cały ten czas świetnie sobie radziłaś. Hej. Popatrz na mnie. Sakura-chan… Jesteś chora?
— Lekko przeziębiona — bąknęła. — Na własne życzenie. Poniekąd.
— Masz popękane białka i… twoje oczy, całe załzawione. To na pewno nic poważniejszego? Co się stało? — Naruto poważnie się przeląkł. Wyglądał głupkowato reagując tak przesadnie.
Sakura prawie się uśmiechnęła. Prawie.
— Mówiłam już; nie martw się. Jest w porządku. Boli mnie tylko głowa. Przestań. Czuję się dziwne, gdy to ty traktujesz mnie jak roztrzepane dziecko. Zawsze byłam tą odpowiedzialną sztywniarą i na zawsze chcę nią pozostać, dobrze?
— Dobrze, dobrze. — Kiba zasymulował ziewnięcie. — Idźcie już, bo się rozkleję. Albo złoję jej dupę za to uderzenie, bo mnie autentycznie nosi. Od kiedy żeś się taka wrażliwa zrobiła, co, Sakura? Poza tym zabierzcie stąd te przybłędy. Wystarczy, że Kakashi potraktował ich ulgowo i nigdzie tego nie zgłosił. — Nagle ściszył głos — Uchiha to niech lepiej czym prędzej zejdzie mi z oczu, inaczej popamięta, mówię ci — szepnął do Shikamaru.
Shikamaru ziewnął naprawdę.
— Czemu mu tego nie powiesz? Masz świetną okazję.
— Wolałbym nie.
— Myślisz, że cię nie wysłucha? Czekaj, pomogę ci. Sasuke…! — Nie zdołał mu pomóc. Inuzuka panicznym ruchem zatkał jego usta i otoczywszy ramieniem, zaciągnął do tyłu. Shikamaru zgrabnie wyrwał się z objęcia, ignorując przekleństwa, które wylazły z ust Inuzuki. Poprawił swój mundur.
— Zawsze byłeś mocny w gębie, przyjacielu — wytknął mu, wyrzucił niedopałek między źdźbła trawy i przydeptał. — Ale tylko w gębie.
Sakura obróciła się w stronę Sasuke. Kiedy podchwycił jej spojrzenie, wykonał ruch, którego znaczenia nie chciała zapamiętywać. Powoli odchylił głowę na prawo.
Odczytuj znaki.
Teraz rozumiała. Gdy tylko tak zrobię, podchodzisz do mnie, powiedział wówczas. Zawsze. Podeszła. Schowała dumę do kieszeni, zgodnie ze wskazówami Naruto. Miała plan.
Ryota i Erien dołączyli do nich chwilę później.
— Sakura? — mruknął złotooki chłopiec, szukając jej spojrzenia.
Nie znalazł go.
Ryota wyglądał na dogłębnie poruszonego, wzrok miał rozbiegany. Zatrzymywał go co chwila na Erienie, zabiegając o jego uwagę, lecz ten zdawał się go nie zauważać.  Sakurę zastanawiały warunki ich ugody — czy zawierały wzmiankę o tym, aby w nic ją nie wtajemniczać bez przyzwolenia Uchihy? Gigant sprawiał wrażenie, jakby ochoczo zrelacjonował cały przebieg ich powiązań z Sasuke, łącznie z pytaniami, które zadała chwilę temu, i które skwitowano jako nieważne. Z jakiegoś powodu musiał trzymać te sekrety w sobie, mimo że wyraźnie było to dla niego niewygodne.
Już niedługo.
— W mordę — słyszała za plecami, gdy pożegnawszy się, ruszyli w drogę, w las, między sosny i krzewy jałowca. Szła na przedzie, żeby wykorzystać jedyną wiedzę, którą posiadała w kwestii Kraju Księżyca — znajomość drogi, prowadzącej do portu Otogakure. — Rozumiesz co to oznacza? — syknął Ryota. — Rozumiesz, berbeciu, co to oznacza?
— Zamknij się — uciszył go chłopiec. Sakura była niemal przekonana, że wwiercają się w nią dwa pary oczu. Może nawet trzy.  
— Sasuke i ona....
— Nie.
— Nie? — Gigant odchrząknął. — Jak to nie?
— Nie i już.
— Ale on…
Raptem rozmowa się urwała, głosy zamilkły. Zerknąwszy przez ramię, pojęła, że Sasuke przystanął, chcąc, aby potraktowali to jako ostrzeżenie. Nie były potrzebne słowa ani gesty — Uchiha nawet się nie odwrócił, a Ryota i tak przestał paplać.
— Nie przejmuj się. — Erien również się zatrzymał, spojrzał Sakurze prosto w oczy. Ręką usunął brunatny kosmyk, który opadł mu na twarz. — Wszystko będzie takie, jakie powinno być — powiedział do Ryoty. — Wszystko, co przeznaczone i zapisane, stanie się. Nie miej obaw.
Sasuke ani drgnął. Jego oczy skrywały się pod cieniem kaptura.
— Nie podoba mi się to — zmarszczył się gigant. — To oznaczałoby, że ona…
— Dokadnie.
— I jeszcze, skoro Adiel…
— Dokładnie tak — potwierdził Erien, z zakłopotaniem pochylając głowę. Znów poczerwieniały mu policzki. — Sakura?
Sakura zesztywniała. Pod wpływem impulsu obróciła się z powrotem ku krętej, wydeptanej ścieżce, którą się poruszali.
— Jesteś zła? — usłyszała za sobą. Głos był łagodny, ale wyczuła w nim lekkie drżenie. — Czy masz mi to za złe, pani?
— Co? — zdziwił się Ryota.
— Jeszcze pytasz? Masz czelność o to pytać? — Sakura cudem zdławiła narastającą w niej wściekłość. Nie była pewna, skąd wzięło się w niej tyle zimnego opanowania, dzięki któremu zahamowała emocje; dlaczego przemówiła tak oschle, skoro tamto upokorzenie cały czas ją dręczyło. Przez chwilę doznała nawet poczucia satysfakcji. Zabrzmiałaś jak Sasuke-kun, pomyślała.  
Nie!
Pokręciła głową. Ból w skroniach natężał. Odkąd wstrzyknięto jej to świństwo zawsze go odczuwała, ale teraz, zapewne spotęgowany przedwczesnym przeziębieniem, stawał się nie do zniesienia.
— Wystarczy. — Zobaczyła, jak Sasuke ją wyprzedza, ponawia marsz. — Ani słowa więcej — dodał, nie patrząc wstecz.
Zacisnęła usta i poszła jego śladem. Starała się dotrzymywać mu kroku, a przede wszystkim nie zdradzać, jak paskudnie się czuje. Nogi miała słabe, zwiotczałe. Nadal nękały ją uderzenia gorąca i zatkane zatoki, nie wspominając o bólu głowy, który z całego zestawu spisywał się jako najbardziej dokuczliwy. Nie chciała jednak jeszcze bardziej spowolniać Uchihy — wystarczało, że upośledzenie układu czakry przekreślało możliwość podróży górą, przy pomocy drzew.
Erien już więcej się nie odezwał. Ryota także, choć momentami, maszerując, wydawało jej się, że wiatr rozprzestrzenia czyjeś szemrania.




Od pewnego czasu wytrwale przyglądał się plecom idącego na przodzie Sasuke.
— Zwolnijmy — poradził mu Ryota, patrząc w ten sam punkt. Tyle że Ryotą kierowały inne instynkty: przede wszystkim głód wiedzy, dzięki któremu wypracowywał dla nich odpowiednią przestrzeń; wystarczyło, że dystans między nimi, a shinobi z Konohagakure urósł do odpowiednich rozmiarów. Wówczas dało się wymienić parę zdań bez reprymend Sasuke.
Erien podchodził do obserwacji Uchihy bardziej… prymitywnie.
Czekał.
— Erien — usłyszał roztargnionego Ryotę. — Jak… Jak to rozstrzygniemy? Co planujesz? T-to nie może być zbieg okoliczności. Nie może. Ej, berbeciu. — Szturchnął go łokciem i pochylił się. — Mówię do ciebie, w mordę.
— Myślę.
— Mógłbyś myśleć na głos.
Sakurze wystarczyłoby go dotknąć, żeby zaspokoić ciekawość. Poznałaby każdą refleksję, którą wysunął i każdą wątpliwość, która nim targała. Mimo lęku przed takim obnażeniem i wcześniejszej ugody z Sasuke odnośnie Ścieżki Ludzi, niejednokrotnie korciło go przetestować możliwości dziewczyny. Mogły okazać się użyteczne w rozwikłaniu jego osobistych interesów. Poza tym ich skuteczność przybliżyłaby dokładniej umiejętności, jakimi operowała babka, by wykonać imitację tak legendarnych technik.
— Erien.
Erien uniósł głowę na towarzysza.
— Co zamierzasz? Co zamierzasz teraz, a co potem, po dotarciu do naszego kraju?  Ta kobieta — Ryota jeszcze bardziej ściszył głos — wywoła chaos i nie ma w tym stwierdzeniu absolutnie żadnej przesady, dobrze o tym wiesz. W obecnej sytuacji skutki jej przybycia mogą być tym bardziej nieprzewidywalne, bo książę…
— Przestań.
— Trzeba o tym pomyśleć już teraz — syknął.
— Nie rozśmieszaj mnie, Wielkoludzie — powiedział wolno Erien.
Wielkolud zamrugał, nie domyślając się znaczenia ironii.
— Jesteś jak pies — wyjaśnił mu. — W dodatku na bardzo krótkiej smyczy. Cokolwiek postanowię, ty wbrew temu, po przypłynięciu do Getsugakure, pierwsze co zrobisz, to polecisz do Złotej Sali, zdając szczegółową relacje. Przecież nie godzi się postąpić inaczej, prawda?
— Nie godzi się zatajać faktów przed królem. Żadnych kłamstw, Erien. Żadnych krętactw — przypomniał mu Ryota. Jeśli w grę wchodziły sprawy związane z honorem wojowników Kraju Księżyca, jego ton stawał się przesadnie uroczysty. Choć Ryota niemal całe życie był mu najbliższy, Erien zawsze starał się nie wywlekać na światło dzienne osobistych problemów, które zwykle powierza się przyjaciołom. Właśnie to hamowanie, stała przezorność w wypowiadanych słowach, niemiłosiernie go irytowała.
Choć czasami, lecz nadal za rzadko, łapał się na tym, że uznawał to wszystko za całkiem zabawne. Lojalny, oddany królowi żołnierz i on — szary ktoś, podchodzący do władzy nader krytycznie. Ciekawa kompozycja.
— Więc nie możemy ustalić między sobą jednakowej wersji zdarzeń — odezwał się po dłużej chwili.
— Nie możemy, jeśli okaże się fałszywa. Nie wolno nam niczego naginać.
— Po co w takim razie wypytujesz mnie, jak to rozstrzygnąć? Król dowie się komu i dlaczego wstrzyknąłem zawartość ampułki. — Mimochodem spojrzał na Sakurę. Sakura… po prostu kroczyła naprzód. Erien nie zanotował w jej ruchach ani werwy, ani jakiejkolwiek ociężałości, która świadczyłaby o wyczerpaniu. Jej chód zdawał się obojętny. — Tak właśnie musiało być, Wielkoludzie.
— Niczego nie rozumiesz — westchnął Ryota. Jego głos nie był już taki zajadły, jak przy gloryfikacji żołnierskich obowiązków. — W mordę, nawet nie chcę wyobrażać sobie, jaki to będzie kocioł. Król wpadnie w szał.
— Otóż to — uśmiechnął się chłopiec.
Wreszcie, dokładnie tak, jak przedtem, Sasuke zaczął spowalniać tempo marszu, które narzucał grupie, idąc na jej czele. Nagle przystanął i zsunąwszy z ramienia taszczoną torbę, ułożył ją obok pniaka, co dość wyraziście oznaczało decyzję postoju. Erien poczuł się wstrętnie sam ze sobą, wiedząc, że od pewnego czasu to właśnie ów postój stanowił uprzywilejowaną pozycję na jego liście. Usiadł pod najbliższym drzewem i spojrzał ku górze.
Słońce wisiało już dość nisko, szykując się do przekroczenia horyzontu. Łącznie maszerowali zatem blisko dwanaście godzin, a w międzyczasie doczekał się jedynie dwóch krótkich przerw. Miał prawo być wyczerpany. Podróżując w pojedynkę, sam dyktował sobie warunki. W tym wypadku nie tylko należało podporządkować się Sasuke, ale i dopieścić własne poczucie godności, które w starciu ze słynnym, zatwardziałym Uchihą, mogło poważnie ucierpieć.
Teraz, kiedy mógł wypocząć i dać odsapnąć płonącym nogom, dziewczyna o różowych włosach znów stała się centrum jego uwagi.
Oddaliła się od grupy, co aktualnie — za trzecim już razem — przestało go dziwić. Oparła się o korę, pozostając widoczną, ale równocześnie zadbała, by nikt nie mógł spojrzeć jej w oczy. Ze swojego stanowiska obserwacyjnego Erien był w stanie dostrzec wyłącznie kawałek jej nogi i barku oraz plecak, który ułożyła obok siebie, opierając na nim łokieć.
Wypił na raz pół zawartości manierki. Odetchnął, przetarł wilgotne usta.
Popatrzył na Sasuke.
Sasuke patrzył na Sakurę. Było to krótkie, niepokojące spojrzenie, które przypadkiem zarejestrował.
Miał dość.
— Sakura.
Sakura zesztywniała, jakby wstrzymując oddech. Jej bark na krótką chwilę przestał się unosić i opadać. Oprócz tego dziewczyna nie zaszczyciła go niczym więcej, choć skrycie łudził się, że zerknie na niego zielonymi oczami.
— Porozmawiaj ze mną — poprosił.
— Przestań już, na bogów. — Rozniósł się dźwięk otwieranej puszki. Potem przez pewien czas było słychać mlaśnięcia Ryoty, wyjadającego fasolę azuki. Erien westchnął. Wyjął z plecaka spakowane kulki ryżowe z Konohagakure. Poczęstował Wielkoluda, który nie posiadał się z wdzięczności za urozmaicenie ich ubogiego menu.
— Erien. Znów się gapisz. Zostaw tą kobietę, dobrze ci radzę — ostrzegł go szeptem. — Lepiej nie kusić losu. Nie w tym wypadku.
— To jest zapisane.
— Tego nie wiemy. Wstrzymaj się z takimi osądami.
— Ja wiem, Wielkoludzie — powiedział zadziornie, łapiąc kontakt wzrokowy z parą czarnych, czujnych oczu naprzeciwko. — To jest zapisane.
Ryota wysunął się nieco, by obejrzeć kobietę.
— Rozumiem, berbeciu, że chcesz w to wierzyć, ale pamiętaj o tym, jak wygląda sytuacja...
— Ucisz się. Teraz pieprzysz o ostrożności, a przedtem sam padłeś przed nią na kolana.
— Powiedzmy, że… zbiła mnie z tropu. Niby wysłuchuje się tego od małego, a jednak… Stanąć twarzą w twarz... W ogóle coś jej zrobił, że zła jak osa? I jakim cudem Sasuke dostaje od niej list… wiadomej treści, skoro według ciebie… O, mamuniu. Strasznie to pokręcone. Nie wiem, jak się zachować...
— Sakura — rzekł nagle Erien; głośno, ale równocześnie łagodnie. Nie podchodził zbyt ochoczo do streszczania Ryocie minionych zdarzeń. Podchodził ochoczo do zażegnania jednostronnego sporu z dziewczyną o różowych włosach. — Porozmawiaj ze mną — powtórzył.
Ryota zaczął nerwowo przeżuwać. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo.
— Przepraszam — westchnął Erien, udając tym samym, że żałuje, choć prawdę powiedziawszy nie czuł wyrzutów sumienia. Odczuł natomiast pewien dreszcz podniecenia, uświadamiając sobie, że dzielą wspólnie sekret. Coś, o czym nie wie nikt poza nimi.
Pocałunek.
Udało się. Ramiona Sakury zadrgały.
— Kiedy któregoś dnia spojrzysz na wszystko z mojej perspektywy — powiedział — zrozumiesz czemu tak postąpiłem.
— Jak? — Ryota zmarszczył brwi.
Erien go zignorował.
— No powiedz mi. Nic nie pojmuję z tego twojego bełkotu, berbeciu.
— Nie musisz.
— Pssst, Sasuke! — syknął Wielkolud. — Ty coś wiesz? — zapytał, ale później natychmiast umilkł, popadając w zamyślenie. — Zaraz. Jasne, że wiesz. Od początku wiedziałeś. Wiedziałeś… o tej kobiecie. Wiedziałeś wszystko.
Sasuke znów rzucił okiem w prawo, w kierunku Sakury. Nic jednak nie odpowiedział.
U Sasuke dało się wyróżnić tylko dwa stany.
Jeden charakteryzował się tym paskudnym spojrzeniem, którym gromił każdego, kto ośmielił się sprzeciwić jego decyzjom. Erien do tej pory był pod wrażeniem faktu, że tak skutecznie oddziaływało na innych; że potrafiło być aż tak przerażające, mroczne.
Drugim, a zarazem ostatnim stanem była bierność. Jakkolwiek niegroźnie to brzmiało, potrafiło przeszywać strachem równie mocno, co jego zezłoszczone oczy. Ta widoczna nieczułość, obojętność… ta aura grozy, która się wokół tego roztaczała. Przecież to niemożliwe by nie mieć w sobie ani grama ludzkich emocji, a teraz, po poznaniu Sasuke Uchihy, Erien nie był już tego taki pewien.
— No tak — Ryota chrząknął, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Bardzo żeście rozmowni, nie ma co.  
Przesiedzieli w milczeniu blisko czterdzieści minut. Długo. Bardzo długo, biorąc pod uwagę poprzednie przerwy. Erien był jednak zbyt zmordowany i zbyt wdzięczny za odpoczynek, by doszukiwać się powodów takiej decyzji. Najwidoczniej Sasuke Uchiha skrywał w sobie szczątkowe ilości człowieczeństwa.
Erien przymknął oczy. Skupił się na tym, aby dobrze spożytkować powierzony im czas; aby w pełni rozluźnić spracowane, naprężone od wysiłku mięśnie. Drażnił go nierozwiązany konflikt z Sakurą, ale nie mógł zapominać o tym, co przewidział los. Wtedy czuł się spokojniejszy.
Gdy niebo zupełnie pociemniało i skryło się za warstwą chmur, Sakura zaczęła stawać. Jej ruch zwrócił uwagę pozostałych. Dźwigała się opornie, używając drzewa jako podpory. Założyła plecak i nie odwróciła się ku nim ani razu. Ruszyła naprzód. Bez słowa, bez gestów.
Jak Sasuke.
Erien, ciekaw jego reakcji, zmierzył Uchihę wzrokiem.
I przeraził się. Zesztywniał.
Sasuke był uzbrojony. Powoli wysuwał kunai z kabury, którą miał przytkniętą do pasa w talii. Skoncentrowany i uważny, wpatrywał się w Sakurę, jakby to właśnie jej pragnął wyrządzić krzywdę dzierżonym kawałkiem żelastwa.
— Sasuke, ty…! — Erien zerwał się z miejsca, chcąc temu zapobiec. Niczego nie rozumiał. Zebrał siły, by użyć schematu; by odepchnąć napastnika. Ale Sasuke jak zwykle był szybszy.
Erien mrugnął: ostrza nie było. Poszybowało w dal, obrało kurs na Sakurę.
Gdy mrugnął raz jeszcze, znowu coś zniknęło.
Ktoś.
Sasuke.
Ryota obok oniemiał, stanął na równe nogi. Z jego ust wydobył się niezrozumiały bełkot. Niedaleko nich kunai szczęknęło o pniak, wylądowało na jego wierzchu, dokładnie tam, gdzie przedtem urzędował Sasuke. Spojrzawszy w lewo, ujrzeli tył jego sylwetki. Wysoką, okrytą peleryną postać. Erien zmrużył oczy, wytężył wzrok, żeby przebić się przez ciemność.
Dopiero wtedy ją spostrzegł. Sakurę. Nie rozumiejąc, podbiegł bliżej.
I zrozumiał. Wreszcie.  
— Sakura! — zawołał.
— Co jest? — Ryota do nich dołączył. — Co się stało? Czemu ona… — Nie skończył. Być może jeszcze to wszystko interpretował. Erienowi było prościej, zważywszy na to, że w Kraju Księżyca był świadkiem umiejętności teleportacyjnych Sasuke. Aż dziw, że szybciej nie odnalazł się w sytuacji. Zamiast tego zerwał się do obrony.
— Zasłabła? — zapytał Uchihy, chcąc się upewnić. Sakura opierała się o jego tors, miała przymknięte oczy i nierówny oddech. Odchyliła głowę, by móc spojrzeć za siebie, a konkretyzując: do góry. Widocznie sama nie była do końca świadoma tego, co się wydarzyło.
Erien zdążył poskładać wszystko w sensowną całość. I nie spodziewał się, że tak go to rozgniewa. Popatrzył na rękę Sasuke, która zaciskała się na ramieniu dziewczyny.
— Idźcie przodem — rzekł zimno Uchiha.
Erien najchętniej posądziłby go o kolejny nieudany żart, ale wiedział, że Sasuke był śmiertelnie poważny. Z bierności przeszedł nagle na swój drugi, bardziej zatrważający stan. Tym razem chłopiec odważnie stawił czoła jego spojrzeniu, odwdzięczając się tym samym. Liczył, że było choć w połowie tak groźne.
— A-ale… jak to? — wybełkotał Ryota, rozkładając bezradnie ramiona. — Wszystko z nią dobrze? Czy ktoś raczy mi wyjaśnić, co właśnie się…
Erien położył dłoń na jego barku.
— Idziemy.
— Kierujcie się na wschód — zarządził Sasuke. — Po przejściu kilometra natknięcie się na ruiny wioski. Tam zaczekajcie.
Chłopiec skinął głową. Pozbierał rzeczy swoje i Ryoty. Znad ramienia wysłał jeszcze złe spojrzenie, którego sam nie pojmował. Nie znosił; nie znosił ponad wszystko, gdy okoliczności w jakikolwiek sposób sprzyjały integracji tej dwójki. Sasuke. Sakura. Sasuke i Sakura. W ich relacjach było coś… intymnego. Coś, czym nieustannie się niepokoił.
Ryota poczochrał włosy. Wahał się, nim zrównał krok z Erieniem.
Erien obejrzał się za siebie.
Zobaczył ich w oddali. Sakura stała na lekko ugiętych nogach ze złączonymi kolanami. Patrzyła w górę.
Sasuke patrzył w dół.
Patrzyli na siebie.
Erien czuł, że sekret pomiędzy nim, a dziewczyną staje się niczym w starciu z tym obrazem. Ponieważ sekret Eriena był tylko jeden.
A oni mieli ich tysiące.
— Co to, do cholery, było? — syknął Wielkolud, z trudem hamując cisnący się na usta krzyk. Zaglądał gorączkowo za siebie, aby upewnić się, że wystarczająco się oddalili. Kiedy Sakura i Sasuke przepadali wśród drzew i krzewów, jego głos stał się donośniejszy: — Czemuś odszedł? Trzeba się było sprzeczać! Jak on to zrobił? Dlaczego mierzył w tą kobietę z kunai? Myślałem, że ona…
— W nikogo nie mierzył — powiedział surowo ze wzrokiem skierowanym na stopy. — Ostrze wbiło się w grunt za Sakurą. Sasuke nie zamierzał jej skrzywdzić.
— A-ale… — Ryota przetrawiał to parę sekund. — W takim razie co on… Nie rozumiem.
— Ani trochę mnie to nie dziwi.
— Erien.
— Co?
— No mówże.
Eriena drażniło, że Wielkolud dotrzymuje mu kroku. Choć maszerował najszybciej, na ile pozwalały mu przemęczone nogi, nie mógł równać się z szerokimi krokami Ryoty.
— To techniki teleportacyjne — wytłumaczył. — Rinnegan pozwala Sasuke zamieniać się miejscami z przedmiotem, który znajduje się w określonej odległości.  
— Co to znaczy “zamienić się miejscami”? — burknął zadumany, ale w porę go olśniło. — Kunai na pieńku!
— Otóż to.
— Sasuke cisnął nim, żeby móc teleportować się za tę kobietę…
— Sakurę — poprawił go.
Wielkolud przepuścił tę uwagę między uszami.
— Ale…
— Co?
Ryota milczał długo, grzebiąc ręką we włosach. Jego oczy były szeroko otwarte.
— Skąd wiedział? — zapytał w końcu. — Skąd wiedział, że ona zasłabła; że upadnie? Zdążył się przygotować, wyjąć broń, rzucić kunai
— Ta — mruknął niechętnie Erien. — Zdążył. Zdążył zrobić wszystkie te rzeczy.
Obserwował ją. Obserwował ją uważniej niż on sam. Robił to na tyle przenikliwie, by wszystko przewidzieć. Swobodnie dobył broń, jakby od początku brał tę ewentualność pod uwagę. Jakby od samego początku zakładał, że Sakura może opaść z sił. O ile nie dziwiła go wyłącznie kwestia czujności Sasuke, o tyle niepokoiło go, ile wkładu włożył w pilnowanie dziewczyny.
Czekał. Cały czas czekał. Wsłuchany, uważny. Byle zmaterializować się za nią w odpowiednim momencie, złapać, stać się murem, na którym się oprze. Ich ostatnia przerwa, wyjątkowo długa, nie wynikała z przemęczenia Sasuke; nie była świadectwem jego ludzkich odruchów.
Była przeznaczona dla Sakury.
Erien, mimo prób i starań nie potrafił wyobrazić sobie tego, co mogłoby się teraz między nimi dziać.
— Erien?
— Hm?
Ryota zaglądnął do tyłu. Zgarbił się.
— Dziwni są — powiedział. — Bardzo dziwni.
— Wiem.
— Kim w takim razie jest ta kobieta? Dla Sasuke?
— Sakura.
— No kim?
Przedtem myślał, że to takie oczywiste, lecz wahał się długo, zanim odpowiedział.
— Chyba nikim. — I było to absolutnie niewiarygodne.
— Nie wierzę.
— To nie jest takie proste — zirytował się.
— Ta kobieta, Sakura, jest nadawcą tego listu. A dobrze wiemy, że było ich dużo więcej.
— Ponieważ Sakura jest w nim zakochana. Po uszy zakochana. Tkwi w tej bezsensownej, nieodwzajemnionej miłości niczym więzień.
— Dlaczego nazywasz ją więźniem? Kochanie kogoś to raczej świadomy wybór.
— Nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz, Wielkoludzie — rzekł sucho Erien. — Poza tym, kto świadomie wybrałby kochanie Sasuke Uchihy?
Ryota znowu zamilkł. Uszli kawałek w ciszy. Wkrótce las zaczął się przerzedzać, co bez wątpienia zwiastowało, że zbliżają się do wspomnianych przez Sasuke ruin. Czekało ich jedynie piętnastominutowy marszcz i wspinaczka na strome wzgórze, póki ich wysiłku nie nagrodzono widokiem opuszczonej, zdezelowanej wioski, która roztaczała się u dołu.
Ostrożnie zgramolili się z wzniesienia, prosto na szeroką, piaszczystą drogę, biegnącą między spustoszonymi pozostałościami budynków. Wyglądały upiornie, jawiąc się jako kontury w ciemnościach.
Na horyzoncie błysnął piorun, niedługo potem rozległ się grzmot.
— Oho — odezwał się Ryota. — Lepiej zawczasu znajdźmy jakiś schron.
Erien zaczął się rozglądać, węszyć. Niemal każdy budynek miał jakieś ubytki, z kolei niektóre były zupełnie pokruszone. W oknach nie dostrzegł szyb, które zachowałby się w całości, ani ich stłuczonych fragmentów, tylko prostokątne otwory o zaokrąglonych górnych rogach. Wioska zdawała się wiekowa. Zniszczono ją kilkadziesiąt; jeśli nie kilkaset lat temu. Albo zestarzała się sama, opuszczona przez mieszkańców.
Po krótkim, ogólnym rekonesansie przystanął przy pierwszym budynku, który na oko zachował się w najlepszym stanie. Oba piętra były w całości, jedynie boczna ściana okazała się mocno pogruchotana; z wyrwami i odstającymi cegłami. Erien usiadł na fragmencie granitowego murku, który ostał się przed posiadłością. Podróżując w ślad za Sasuke do Konohagakure przewinęło mu się przez drogę jakieś rumowisko, ale wtedy, tak samo jak teraz, będąc w jego centrum, nie interesowało go ono ani trochę.
Kolejna błyskawica rozwidniła niebo. Ryota przysiadł się do Erienia, uwolnił się od ciężaru plecaka i użył go jako podstawki, żeby rozprostować nogi.
— Oby nam nie zwiał — powiedział.
— Kto?
— Sasuke. Ma teraz doskonałą okazję.
— Nie mógłby. Sakura potrzebuje antidotum.
— Którego nie ma.
— Tego nie wiesz.
— Oni też nie. A nawet gorzej. Są przekonani, że istnieje.
Znowu błysło. Tym razem Erien zadrżał, kiedy rozniósł się grzmot. Chociaż się go spodziewał, nie sądził, że burza przemieści się tak szybko.
— Chyba nie jest nikim — usłyszał szept Wielkoluda.
— Hę?
— Sakura. Nie jest nikim. Nie dla Sasuke. Gdyby było, jak mówisz, nie ryzykowałby powrotu do naszego kraju tylko po to, aby zdobyć antidotum.
— Bzdura.
Ryota się roześmiał.
— Jak bardzo chcesz w to wierzyć, berbeciu.
— Sasuke kierują jego osobiste interesy. Chce zapobiec dalszym eksperymentom babki. Wbrew pozorom nie jest wolnym strzelcem. To człowiek Konohagakure, wysłany, aby szpiegować i wykrywać zagrożenia dla pokoju.
— To nie wyjaśnia dlaczego przedtem zrezygnował. Wrócił do Kraju Ognia. Bez słowa, bez pożegnania. Zostawił całą sprawę, pomimo tego że byłeś dla niego niejako żywym źródłem informacji. Bardzo szczodrym źródłem — zaznaczył pogardliwie.
Erien nic nie odrzekł. Wiatr zawył mocniej. Burza huknęła, zapowiadając, że zjawi się prędzej, niż zakładano.
Ryota spojrzał w niebo.
— Masz ci los, w mordę.
— Będziesz ty cicho?
— A co? Zasiałem w tobie ziarno wątpliwości i teraz bubu jest złe na cały świat, bo może się okazać, że nie będzie po twojemu?
— Sam to powiedziałeś; to nie może być zbieg okoliczności, Wielkoludzie — warknął.
— Słusznie — kiwnął głową Ryota — nie może. To byłoby zbyt dziwnie, gdyby okazało się jedynie przypadkiem. Ale w takim razie, wszystko jest nie tak. Dosłownie wszystko. Rozumiesz o czym mówię? Zresztą, tak czy owak, staniesz przed królem za swój występek. Wtedy sobie to poukładacie. Osobiście cię do niego zaprowadzę.
— W to nie wątpię — rzucił opryskliwie.
Ryota odezwał się dopiero po paru chwilach. Jego głos spokorniał, zdawał się wręcz życzliwy.
— Wiem, o czym myślisz, Erien. Oj, wiem, co żeś sobie w głowie umyślił.
— Obawiam się, że wiesz za mało.
Po tym oboje zamilkli. Milczeli nawet wtedy, gdy się rozpadało. Równocześnie, niczego między sobą nie uzgadniając, przenieśli się pod dach. Stamtąd obserwowali, jak rozwija się sytuacja.
Czekali, aż będą w komplecie.
Pół godziny później deszcz ustał. Burza ucichła, decydując się ominąć tutejsze okolice. Wtedy, wsłuchani w głuchą ciszę, wyłapali dźwięki, świadczące o czyjejś obecności. Najpierw kroki — ciche, powłóczyste. Potem narastające rzężenia.
Wielkolud wzmocnił węzeł apaszki.
— Strasznie się guzdrają.
— Coś jest nie tak — mruknął Erien.
Jedno spojrzenie wystarczyło, aby wspólnie utwierdzili się w tym przekonaniu.
Erien ostro poderwał się do biegu. Ryota ruszył za nim. Już w drodze do wynurzającej się z mroku postaci nabrał pierwszych podejrzeń, lecz były tak niemądre, że natychmiast wyrzucił je z głowy.
Ale to rzeczywiście była Sakura.
I rzeczywiście kogoś ze sobą targała. Trzymała go oburącz pod pachami, zakleszczając w objęciach.
W pewnym momencie oboje po prostu się zatrzymali.
— Czy to… — Ryota oniemiał, przełknął ślinę. — Ta kobieta… Ona prowadzi tu...
— Sasuke — potwierdził Erien. — Nieprzytomnego Sasuke.



6 komentarzy:

  1. Mózg rozwalony😵
    Naprawde, końcówka powala.
    Nie sadzilam ,że jej sie uda go załatwić. Fakt miala plan. Jak?! Jak ona to zrobila! Bez chakry?! WTF co tu sie wyrabia?!

    Usatysfakcjonowany czytelnik chyli głowę,Uchiha jak sie patrzy. Haruno po zmianie charakteru obłęd. Warto czekać!

    OdpowiedzUsuń

  2. Bo czemu by nie skończyć w tym momencie i dać cierpieć czytelnikom ;))))))))))))
    Mam nadzieję, że rozkoszujesz się moją i na pewno innych frustracją, tylko wtedy byłaby ona warta tego wszystkiego XD
    Zanim zapomnę – Ryota w rozdziale czwartym bardzo mi się spodobał. Jego żywy charakter i marudzenie, był taki bardzo prawdziwy, za co Cię tak szanuję, serio. Nigdy nie byłam w stanie napisać żywych postaci sama ze swojej główki. Chociaż próbowałam wprowadzać swoich bohaterów, albo pisać opka zupełnie nie związane z fandomami, to albo się cholernie nagłowiłam nad kimś i potrafiłam pisać dialog przez kilka dni, albo wychodziły to typowe postaci typu – ejo, bo fabuła musi się pokierować tak tyraz, to musisz powiedzieć to i to, sry.
    A Ryota jest taki ach, charakterystyczny, zapamiętam go na pewno!
    Mam wrażenie, że Erien jest trochu zauroczony w Sakurze i próbuje sobie wmówić, że ten pocałunek to znacząc był i w ogóle to da radę konkurować z Sasuke. Ale wcześniej miałam wrażenie, że Sakura ma SEKSUALNE jutsu, więc może nie będę się tak bardzo dzielić tymi moimi wrażeniami.
    Ach, jeszcze tak może wyjaśnię – Ryotę lubię trochę mniej w tym rozdziale przez jego całościowe zachowanie chyba, nie stracił na charakterze czy coś, bardziej go jeszcze bardziej poznaję. Podchodzę do niego teraz z rezerwą, a nie jak do wrażliwego olbrzymka. A to dobrze, toż to „cień” Eriena.
    Co ciekawe, użyłaś tego samego określenia do Sasuke i zaczęłam się zastanawiać, czy każdy eksperyment potrzebuje swojego cienia.
    Pararararam
    Zawsze mam, miałam, bo teraz mniej czytam książek tego gatunku, coś takiego, że JUŻ CHCIAŁAM ŻEBY MÓJ SHIP SIĘ POCAŁOWAŁ, ZRÓBCIE TO. Ale ogólnie zawsze tyż, czytając napisane przez Ciebie historie, średnio mnie to obchodzi, żeby już się całowali. Nie pod takim względem, że nie byłabym superszczęśliwymczłowiekiemiwglałamojesercepłaczę, ale pod takim względem, że TAK DOBRZE POKAZUJESZ TĄ (TĘ? DUNNO) INTYMNOŚĆ MIĘDZY SASUKE I SAKURĄ – nie potrzebne im pocałunki, żebym mogła ją sobie poczuć, czytając Twój tekst. I to ich witanie się!
    Zawsze uważałam, że to, że zawsze wymawiają swoje imiona, jak ich taką małą tajemnicą, intymną tajemnicą, momentem przeznaczonym tylko dla nich. Zawsze też wtedy na siebie patrzą i no och. Jako fanka tego shipu, nauczyłam się doceniać te małe rzeczy.
    Wygląda na to, że zawsze będę zaczynała następny akapit tego komentarza, od „zawsze”, bo teraz też tak chciałam.
    ZAWSZE WIĘC nie lubiłam opisów. Na pewno się z tym spotkałaś, bo chyba każdy się z tym spotkał, że niby ktoś ma fajny styl, ale kurde jednak mógłby trochę skrócić ten opis szumiącego na wietrze, ponad stuletniego drzewa, które to mijało każde pokolenie rodziny Nowaków, a kiedyś to chcieli je ściąć, więc babka Nowak stanęła przed nim i zaczęła protestować, bo jej mąż dziadek to drzewo zasadził i w dodatku zamiezskala wnim wiewiórka, która była brunatna, ale w zimnym blasku księżyca stawała się szara…
    U GET IT XDXD
    U Ciebie opisy tak budują atmosferę, no ach. Nie miałam ochoty ominąć żadnego, bo ten tekst byłby zwyczajnie niekompletny i wcale nie tak cudowny.
    ZAWSZE byłam fanką Twoich historii, Twojego stylu pisania, Twojego poczucia humoru i obojętnie czy zaczynałam gimnazjum, czy teraz jak idę sobie na studia, tekst wciąż mnie tak samo zachwyca.
    A często odkrywałam, że rzeczy, które tak kochałam kilka lat temu, już wcale nie są takie cudowne, po prostu mniej wiedziałam.
    Nope, w Twoim przypadku absolutnie tak nie ma, dziękuję Ci za to.
    Do następnego rozdziału, bardzo jestem ciekawa, jak to się potoczy.
    Pozderki ♥
    PS. Wybacz ze powtórzenia i chaos tego komentarza, dopiero sobie przypominam, jak powinno się komentarze pisać, o ile w ogóle sobie przypomnę. XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Końcówka mnie szczerze zaskoczyła, co się stało pomiędzy tą dwójką? :) Cały chapter czyta się niezwykle przyjemnie i łatwo. Historia coraz bardziej wciąga. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry!
    Chcesz poćwiczyć swoje pisarskie umiejętności i przy okazji wygrać książki, upominki, reklamę bloga i grafikę? Tak? W takim razie zapraszam Cię serdecznie do konkursu literackiego „Już nie zapomnisz mnie”
    www.przedwojenny-konkurs.blogspot.com
    Wystarczy napisać opowiadanie o dowolnej tematyce do 5 stron i… co dalej? Dowiedz się szczegółów, czytając regulamin na blogu.
    Niech pamięć o naszych artystach nadal trwa, a osoby lubiące pisać – doskonalą swe pióro!
    Pozdrawiam ciepło!

    Ps. Przepraszam za autoreklamę, lecz nie znalazłam innej zakładki. Wiadomo, jak trudno jest się zareklamować. A może akurat Cię zainteresuje konkurs?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mogę się doczekać dalszej części! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jako że zawsze wypada napisać coś miłego, nawet nie z konieczności a z chęci docenienia tak świetnego rozdziału i fabuły, w taki sposób żeby twórca zdawał sobie z tego sprawę to właśnie stwierdzam że jesteś fenomenalna, kocham ��

    OdpowiedzUsuń